|
Zaledwie ćwierć wieku temu pogłowie owiec w Polsce liczono na trzy miliony sztuk. Dzisiaj jest ich zaledwie? dwieście tysięcy. Cóż się stało z sympatycznymi zwierzakami, które wydawały się być stałym elementem nie tylko na górskich halach ale w każdej polskiej wsi? W epoce komunizmu, wiecznych niedoborów wszystkiego, powiedzenie "kto ma owce, ten ma co kce", było prawdziwe. Cokolwiek (i w każdej ilości, bez patrzenia na jakość i cenę), co wyprodukowali rolnicy i owczarze, było natychmiast wchłaniane przez wygłodzony rynek. Twarda, szorstka wełna przerabiana była na filc eksportowany do krajów ?demokracji ludowej?. W latach siedemdziesiątych długi kożuch rodem z Podhala był szczytem marzeń i dowodem materialnego statusu. Opłacalne było nawet przewożenie koleją tysięcznych stad owiec z Podhala na bieszczadzkei hale, a tradycyjne redyki (wędrówki) licznych kierdli owiec z Zakopanego w Gorce czy Beskidy normalnym widokiem każdej wiosny i jesieni. Odpowiedź jest bardzo prosta: nagle, z dnia na dzień owczarstwo stało się nieopłacalne. ?Niewidzialna ręka? gospodarki rynkowej, jaką wraz z demokracja wprowadziliśmy po 1989 roku, doprowadziła niechcący do upadku owczarstwa. Stada owiec systematycznie wybijano z powodu rosnących lawinowo kosztów produkcji, braku zbytu na owcze produkty i tańszy import z nie tylko z Unii Europejskiej, ale właściwie z całego świata. Lawinowo padały małe zakłady przetwórcze, rachityczny system skupu i zbytu, a galopująca inflacja lat dziewięćdziesiątych skutecznie odcięła gospodarstwa owczarskie od kredytów. Całe polskie rolnictwo pogrążyło się w kryzysie, a owczarstwo najnormalniej w świecie wymarło jako pierwsze. Można jeszcze zrozumieć, że australijska wełna z tamtejszych merynosów jest bardziej delikatna niż nasza, że skończyła się moda na baranie kożuchy, która utrzymywała liczne na Podhalu zakłady kuśnierskie. Proszę sobie jednak wyobrazić, że w zakopiańskich restauracjach ? mówimy tu nie tylko o stolicy polskich gór, ale odwiecznego centrum owczarstwa ? serwowane są dania na importowanej z Nowej Zelandii jagnięcinie! Dzisiaj owce utrzymują tylko pasjonaci, zakochani w tradycyjnym pasterstwie, ludzie w starszym wieku, którzy nie wyobrażają sobie życia bez wypędzania owiec na hale. Jeżeli stado znajduje się w pobliżu górskich kurortów, to hodowca jeszcze jest w stanie związać koniec z końcem produkując słynne oscypki, bez kupienia których nie można zaliczyć spaceru po Krupówkach. Większe stada w rejonach nizinnych, lub położonych po za obszarami intensywnie odwiedzanymi przez turystów przynoszą właścicielom straty. Ginie także tradycyjna kultura pasterska, kultywowana przez wieki, a nawet tak restrykcyjne w ochronie przyrody parki narodowe w Tatrach czy Pieninach, zaczynają doceniać rolę wypasu w zachowaniu łąk i hal, zarastających lasem w błyskawicznym tempie, gdy zabrakło wypasanych na nich owiec. Mamy zdumiewający dylemat, prawdziwą zagadkę: jak to jest, że mające doskonałe jakości zdrowotne i smakowe mięso jagnięce od polskich owiec, nie może się ono przebić się na nasze stoły i jest skutecznie wypierane przez tani import o powiedzmy, dyskusyjnej jakości? Przyczyny sa złożone. Rolnicy w krajach "starej" unii do lat otrzymują dopłaty do stad owiec, których nie otrzymują nasi hodowcy. Jagnięcina, owcze sery są we Francji, Włoszech, czy Grecji stałym i poszukiwanym elementem jadłospisu tamtejszych nacji. Niektóre tradycyjne marki serów owczych osiągają bajońskie ceny. Wreszcie tamtejsi rolnicy posiadają doskonale zorganizowana sieć skupu, dystrybucji i przerobu produktów owczych, przystosowaną do współpracy z małymi, rodzinnymi gospodarstwami. Proszę sobie wyobrazić, że gdyby polski owczarz dostawał do ręki zaledwie połowę ceny jagnięciny nowozelandzkiej, to stado pięćdziesięciu owiec mogłoby zapewnić przyzwoity dochód swojemu właścicielowi i to w trudnych dla rolnictwa, górskich warunkach Beskidów czy Podhala. 100 czy 150 owiec dawałoby proporcjonalnie większe dochody, porównywalne do małych, rodzinnych gospodarstw owczarskich. Tymczasem rzeczywistość mocno skrzeczy: rozproszeni owczarze zdani są na dyktat cenowy nielicznych pośredników, którzy dyktują ceny skupu. W traktacie akcesyjnym polski rząd przyjął bezdyskusyjnie najbardziej restrykcyjne przepisy dotyczące obrotu mięsem i warunków sanitarnych, które w krajach ?starej Unii? sa dla drobnych rolników i owczarzy o niebo mniej dotkliwe. Przykład pierwszy z brzegu: by polski owczarz mógł legalnie sprzedać jagnięcinę, musi dokonać uboju wyłącznie w licencjonowanej rzeźni, płacąc za usługę cenę równą 40 ? 50 % wartości sprzedanej tuszy. Do tego dochodzą koszty transportu i skomplikowane procedury wyrejestrowywania oznaczonych kolczykami sztuk. Gdzie tu myśleć o drodze sklepowej półki? Zrozumiałe jest istnienie przepisów i wymogów sanitarnych, ale nie pomyślano o tym, że nasi rolnicy czy owczarze nie mają kapitału, by je spełnić. Wystarczało zagwarantować sobie łagodniejsze przepisy na okres przejściowy, tak by nasze rolnictwo w terenach górskich mogło się powoli dostosować? Sztywne przepisy biurokratycznego prawa, uniemożliwiły zrealizowanie Małopolskiemu Sejmikowi programu ?OWCA?, który miał wspierać i przywracać tradycyjne owczarstwo w górach. Nie ma małych, gminnych ubojni, które mogliby wynajmować rolnicy, a jakie są obecne w wielu rejonach Francji. Po prostu nikt o nich nie pomyślał, a nasza nieruchliwa biurokracja nie jest w stanie szybko i skutecznie reagować By być w zgodzie z prawdą, trzeba uczciwie powiedzieć, że w owczarstwie coś drgnęło. Na Podhalu wreszcie zarejestrowano i objęto ochrona prawa produkcje słynnego oscypka. Pojawiły się pierwsze spółdzielnie i grupy producentów mleka i mięsa owczego. W Łosiach, małej wsi Beskidu Sądeckiego, znany biznesmen pan Roman Kluska, buduje walcząc z biurokratycznymi przepisami nowoczesny zakład przetwórczy mleka owczego. Będzie produkował doskonałe, dojrzewające sery owcze jakich nikt w Polsce nie wyrabia. Wysoka jakość i cena produktu sprawi, że skup mleka będzie nie tylko opłacalny, ale wreszcie dochodowy dla rolników. Kto wie, być może powiedzenie o posiadzcy owiec, który ?ma co kce? znowuż stanie się prawdziwe? |